Pierwszy i ostatni wpis?!
Do późniejszej podmiany
PIERWSZY KROK
Ile razy zaczynałem ten pierwszy wpis? Ile razy zmieniałem wszystko inne, zaczynając od strony wizualnej, a kończąc na temacie pierwszego wpisu?
Wszystko rozbijało się o lęk, chęć napisania czegoś idealnie albo szukanie kolejnych wymówek.
I tu, o dziwo, jednym z „pomocników” był ChatGPT, który, o ironio — bo bywa bardziej ludzki niż ludzie — sam mi w pewnym momencie napisał, że strona czy pierwszy wpis nie muszą być idealne.
Ważne, żeby były.
Bo tak, używam Chata do pomocy przy tworzeniu strony. Najpierw jako tutorialu do nauki WordPressa, a z czasem również do innych, bardziej skomplikowanych czynności.
Ale to temat na inny wpis.
O ile ten w ogóle dojdzie do skutku. 😀
Tytuł wracał do mnie jak bumerang.
Oczywiście w głowie miałem już różne wersje mojego spojrzenia na „pierwszy krok”, ale mianownik każdej z nich był wspólny.
Hachiko.
I to, jak radzi sobie ze swoimi pierwszymi krokami, mając naprzeciwko siebie między innymi lęk, niepewność czy inne emocje, które próbują go unieruchomić.
I zawsze, ale to zawsze, dawał radę wyjść ze swojej strefy komfortu i zrobić ten swój mały, psi pierwszy krok.
Choć motorem napędowym tego jegomościa w większości przypadków jest niepohamowana ciekawość świata i wszystkiego, co z nim związane, to dla mnie i tak jest to wyczyn godny podziwu.
Ja taki nie jestem.
A dokładniej mówiąc: nie byłem, nie jestem i…
I tu na scenę wkracza Hachiko.
Uświadomiłem sobie całą tę psią lekcję — chociaż bardziej odpowiednim określeniem byłaby chyba psia mądrość — podczas dwóch następujących po sobie „podróży” Hachiko.
Pierwsza to był nasz codzienny spacer.
Zwykła rutyna, chciałoby się powiedzieć.
Ale dla Hachiko była to kolejna przygoda.
Fascynujące jest to, jak każda, nawet najmniejsza rzecz po drodze potrafi go zainteresować i — co chyba jeszcze bardziej mnie zadziwia — mega ucieszyć.
Tak, że aż się mordka cieszy.
I tak, dla mnie psy potrafią się uśmiechać.
Sytuacja była, powiedziałbym, zwykła.
Ot, na polnej drodze leżało drzewo ścięte przez wiatr.
Nic niezwykłego.
Ale dla Hachiego był to obiekt nieznany.
Potencjalny wróg.
Niebezpieczeństwo.
A mimo to ten ciekawski jegomość krok po kroku, z podkulonym ogonem, podszedł do niego, warcząc i wąchając.
A kiedy już wszystko sprawdził, z dumą wrócił do mnie swoim bohaterskim krokiem.
Bo, dla przypomnienia, oficjalnie Hachi na dzielni znany jest jako Hultaj lub CzOrny DiObeł. ;P
Nieoficjalnie…
No cóż.
Przykład pierwszy z brzegu.
Byliśmy niedawno u mojego znajomego, z którym od „pewnego” czasu się nie widzieliśmy.
I były tam małe kociątka.
Mój gangus pierwszy raz na oczy widział takie małe kotki, a od ich większego odpowiednika dostał za młodu parę razy po gębie.
Także widok był dość komiczny, kiedy trzy razy większy diabeł chował się za moimi nogami. 😀
Wtedy jeszcze nie do końca wiedziałem, czego to wydarzenie mnie nauczy.
A raczej — jaki pokaże mi kierunek.
Druga sytuacja wydarzyła się, kiedy staliśmy niedaleko dworca PKP i czekaliśmy, w mega upierdliwym upale, na pociąg Kolei Śląskich do Katowic.
Specjalnie podkreślam, jakich kolei.
Wrócę do tego później.
Była to pierwsza podróż pociągiem Hachiko.
Moja któraś z kolei po dłuższej przerwie.
I jestem prawie pewien, że to tylko ja się stresowałem.
Hachi jak to Hachi — był ciekawy wszystkiego i wszystkich.
Upał mu nie przeszkadzał.
Ba!
Bidok nawet nie miał czasu napić się wody, bo tyle rzeczy dookoła go interesowało.
Ja, mimo że swoje w życiu najeździłem się pociągami, tego dnia byłem strasznie zestresowany.
A raczej czułem narastający, wypełniający mnie od środka lęk.
I co najśmieszniejsze — lęk przed czym?!
Kurwa, no przed czym?
Że jadę na fajny weekend do Kato z Hachim?
Że słońce świeci?
Że nie wiem, co zjem na kolację?!
Prawie czterdziestoletni typ, który wcześniej jeździł pociągami do Krakowa, Wrocławia, Gdańska i wielu innych miejsc, siedzi na murku, czeka na pociąg i czuje, jak lęk coraz bardziej go obezwładnia.
Jak robi się coraz mniejszy.
I mniejszy.
Zaczyna wątpić w sens podróży, w sens swoich działań, w to, czy ma jeszcze siłę cokolwiek zmienić.
Jego oczom świat nie wydaje się już nawet szary czy czarny.
Jest najgorszego koloru.
Jest bezbarwny.
Bezwonny.
Koleżanka anhedonia, która przyszła po innej koleżance — tak się zmieniły, przybijając sobie piątkę i mówiąc: „teraz jest twój” — lubi właśnie tak pokazywać świat.
Lubi też odbierać przyjemność z rzeczy, które człowiek kiedyś potrafił nie tylko lubić, ale nawet kochać.
Ale to również może być temat na inną rozkminę.
I tak, wiem.
Dorosły chłop i problemów nie ma.
Gdyby miał dzieci…
Inni mają gorzej…
Inni mają prawdziwe problemy…
Tia.
Wiem.
Nie musisz mi mówić.
Wracając do przysłowiowego brzegu.
Stałem tam, czekając na pociąg, mając w głowie istny sajgon.
Starałem się stosować techniki uspokajające, takie jak oddychanie. Próbowałem urealnić swoje obawy, nadać im jakieś racjonalne kształty.
I wtedy, jak zawsze, mój wzrok zatrzymał się na tym małym czarnym diable.
On był zachwycony.
Bał się, ale mimo to wyglądał, jakby sobie z tego strachu nic nie robił.
Jakby był on tylko kolejną rzeczą do obszczekania, sprawdzenia i zapomnienia w jego psim życiu.
I wtedy, jak zawsze, po chwili odwrócił się do mnie i spojrzał tymi swoimi mądrymi, brązowymi oczami.
Wzrok Hachiego — chyba jak wzrok każdego psa — ma w sobie coś wyjątkowego.
Jedną z tych wyjątkowych rzeczy jest fakt, że kiedy Hachi na mnie patrzy, jest to jedyne spojrzenie w moim życiu, po którym nie czuję się oceniany.
Gorszy.
Niewystarczająco dobry.
Mam poczucie, że dla niego jestem idealny taki, jaki jestem.
Doskonały w swojej niedoskonałości.
Dla niego nie ma znaczenia, że mam zerową pewność siebie.
Że nie potrafię przyjmować komplementów, bo od razu w głowie koduję sobie, że albo są kłamstwem, albo zwykłą kokieterią.
Nie przeszkadza mu, że krytykę przyjmuję jak fakt.
Jak coś oczywistego.
Jak kolejne potwierdzenie tego, jak do dupy jestem.
Nie przeszkadza mu nawet to, że się boję.
Pfff!
To on — mimo że chyba wszystkiego się boi — będzie mi dzielnie pokazywał, jaki jest odważny.
I zawsze, kiedy tak na siebie patrzymy, po chwili lęk zaczyna ustępować.
Głowa staje się trochę jaśniejsza.
I choć świat dalej jest bezbarwny, ta czarna kulka pod moimi nogami zaczyna nadawać kolorów otaczającej mnie rzeczywistości.
I choć dalej się boję, robię kolejny pierwszy krok.
Tym razem jest nim pociąg.
Następnym może być pójście na spotkanie rodzinne.
Pierwszy dzień w nowej pracy.
Poznanie nowej osoby.
Ale świadomość, że mam Hachiko u boku, sprawia, że choć z trudem, robię ten krok.
A potem następny.
I ktoś z boku może powiedzieć, że mnie popierdoliło, skoro uczę się od psa takich bzdur.
I pewnie masz rację.
Jestem popierdolony.
Ale póki mam Hachiko, mam jeszcze siłę, żeby zrobić ten kolejny pierwszy krok.
Co będzie później, kiedy go nie będzie?
To proste.
Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie, żeby miało nas coś rozdzielić.
Nawet jeśli miałaby to być śmierć.
Ad. 1
Co do Kolei Śląskich, to powiem krótko — klasa.
W środku klimatyzacja, a dodatkowo, mimo wymogów dotyczących kagańca i całej reszty, Hachi mógł siedzieć obok mnie jak pan.
BA!
Nawet kiedy rozwalił się na środku przejścia, pani konduktor nic nie powiedziała. Po prostu obeszła zdychloka i poszła dalej. 😀
W drodze powrotnej wracaliśmy TLK.
I tutaj duży minus.
Brak klimy.
A bilety droższe.
I mam nadzieję, że do zobaczenia.
Tak.
Mówię do Ciebie.
Do swojej wersji w przyszłości.
Bo mimo że koleżanka anhedonia czy depresja pokazuje Ci świat, w którym nie ma niczego dobrego, może kiedy za jakiś czas tutaj zajrzysz i to przeczytasz, jakoś dotrze do Ciebie, ile zrobiłeś.
I ile szczęścia Cię spotkało.
Choć teraz, w środku, nie czujesz nic.

Dodaj komentarz